Kot Roman i upał
Byłem płaski, w letargu, miękki jak plastelina, rozciągnięty jak syrop rozlany na ziemi. Pysk miałem uchylony, łapy luźne. Mój bok chodził lekko w górę i w dół, w górę i dół. Coś szeleściło w trawie, mucha przeleciała mi nad głową, konik polny cykał w oddali – leżałem. Poduszki u łap były suche i nagrzane jak kaloryfer, a futro tak gorące, że aż bałem się dotknąć go językiem. Więc leżałem. Przez wąskie szpary między powiekami widziałem falujące powietrze. Nie miałem siły zamknąć oczu, byłem zbyt rozleniwiony. Trawa i ziemia parowały zapachem południa. Chciałem się napić, ale gdy tylko miałem wstać, myśli rozmywały się i zapominałem, co chciałem robić, więc nadal leżałem. Ładowałem się coraz bardziej energią słońca, a podszerstek stawał się coraz bardziej brązowy. W końcu słońce zaszło. Doczłapałem się do łóżka i, wykończony, zasnąłem.
