Kot Roman i kocimiętka
ByÅ‚ ranek. WystawiÅ‚em pysk przez drzwi i wciÄ…gnÄ…Å‚em Å›wieże powietrze. CoÅ› we mnie drgnęło i prawa Å‚apa przeszÅ‚a przez próg. ZdÄ™biaÅ‚em, bo wcale nie myÅ›laÅ‚em wychodzić. Ale wyszedÅ‚em. Nie miaÅ‚em czasu siÄ™ nad tym zastanawiać, bo Å›lepo sunÄ…Å‚em w stronÄ™ miejsca, gdzie czÅ‚owiek bawiÅ‚ siÄ™ wczoraj bardzo dÅ‚ugo. Wysokie trawy byÅ‚y jak otwierajÄ…ce siÄ™ kolejno zasÅ‚ony, przez które peÅ‚zÅ‚em nie zwracajÄ…c uwagi ani na muchy, ani na ważki, które koÅ‚owaÅ‚y nad moim Å‚bem.
Nagle osłabłem, łapy mi zmiękły i nieprzytomny zwaliłem się na zieloną poduszkę. Nie wiem, jak długo tak leżałem, starając się wybrać jak najlepszy bok. Niebo nad sobą widziałem jak przez mgłę. Gdzieś bardzo daleko słyszałem nawoływanie, słaby nieprzekonujący głos.
W pewnym momencie zacząłem wznosić się wyżej i wyżej. Człowiek trzymał mnie na rękach, a ja powoli dochodziłem do siebie. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że winny wszystkiemu był brak śniadania.
